Duże SUV-y są ostentacyjne. Duże SUV-y kiepsko się prowadzą. Duże SUV-y…

…Od lat – podświadomie lub nie – dodawałem kolejne pozycje na wirtualnej liście wad samochodów tego typu. Jednocześnie skrzętnie unikałem odpowiedzi na pytanie, czy nie warto bliżej przyjrzeć się ich atrybutom. Czasem jednak trzeba zderzyć własne wyobrażenia z rzeczywistością – ale zamiast wchodzić do basenu powoli, łagodnie zanurzając się od samych stóp, najlepiej znaleźć miejsce głębsze i zapewniające najbardziej intensywne doznania. Jak tylko więc nadarzyła się okazja spędzenia weekendu w towarzystwie Range Rovera w wersji Autobiography, trzeba było zapomnieć o uprzedzeniach i zanurzyć się w luksusach oferowanych przez archetyp segmentu Sports Utility Vehicle.

R for Regal (królewski)

W wielu względach Range Rover to prawdziwie królewski samochód. Już z zewnątrz nie możesz oprzeć się wrażeniu, że design Range’a rządzi się swoimi prawami. Obłości są dla właścicieli tańszych samochodów; tu liczą się kanty i kubatura godna małego tankowca. Skrzętnie wkomponowano w nią bardziej tradycyjne rozwiązania, jak kontrastowy dach, reflektory LED i pokaźnych rozmiarów (21 cali) koła. Jeśli nie straszne ci więc ciągłe spojrzenia przechodniów i innych kierowców, ale słowo umiar wciąż figuruje w twoim słowniku, Brytyjczycy stworzyli samochód dla ciebie.

Także poziom komfortu we wnętrzu nie odbiega od królewskich standardów. Wyjątkowo miękka tapicerka ze skóry anilinowej to dopiero początek. Kilka opcji masażu można traktować jako kolejny przystanek w drodze do nirwany, którą zapewne osiągniesz popijając (bezalkoholowy) trunek schłodzony w pokładowej lodówce. Oczywiście ani jeden z bąbelków nie ma prawa znaleźć się na tapicerce. Dołożono więc wszelkich starań, aby nawet na dużych nierównościach pneumatyczne zawieszenie wykonywało swoje zadanie na piątkę. Do szóstki jednak odrobinę brakuje – ostre progi i tory tramwajowe delikatnym kuksańcem przypominają, że wciąż znajdujesz się na polskich drogach.

A for Antisocial (aspołeczny)

Wspomniane spojrzenia innych użytkowników drogi nie zawsze emanują podziwem dla samochodu i uznaniem dla samego kierowcy – przynajmniej nie w naszym kraju. Zamiast odpowiadania uśmiechem na uśmiech czasem (z podkreśleniem tego słowa) będziesz musiał odwracać głowę na widok pogardliwego łypnięcia ze strony siedzącego metr niżej kierowcy fiesty czy corsy. Możesz się tym przejąć, całkowicie to zignorować, albo wykazując bezceremonialny brak poprawności wcisnąć pedał gazu do oporu… Najlepiej mając przed sobą długą prostą – 510 KM i 625 NM sprawiają, że żadna nie wydaje się zbyt długa. Nie musisz sięgać do lewarka zmiany biegów, którego i tak go tu nie uświadczysz; możesz nawet oszczędzić sobie fatygi szarpnięcia za łopatkę przy kierownicy. Wystarczy wysilić mięśnie prawej łydki – o tyle możesz się jeszcze pokusić. Klasyczny ośmiobiegowy automat nie dorównuje szybkością dwusprzęgłówkom, ale po chwili zastanowienia potrafi skutecznie wykorzystać potencjał silnika. Raz za razem doświadczasz więc tego wyjątkowego uczucia oferowanego przez duże, mechanicznie doładowane silniki: z początku niepozorne, następnie mrożąco jednostajne, niekończące się przyspieszenie. Pomaga w tym spory zakres użytecznych obrotów i bardziej liniowo niż w przypadku turbin działający kompresor.

Wciąż jednak musisz być czujny. Wskazówki ciekłokrystalicznych instrumentów może i są wirtualne, ale kryjące się za nimi ponadprzeciętne osiągi – bardzo realne. Mariaż tak wielkiej maszyny z tak potężnym silnikiem jest jak kupno drogiego ekspresu do kawy – wiesz, że nie powinieneś go nadużywać, ale nie możesz oprzeć się pokusie sięgnięcia po kolejną dawkę stymulantu.

N for Nimble (zwinny)

Nie musisz sięgać po słownik – nowy Range Rover nie jest nowym wcieleniem Lotusa Elise, ale chwilami sprawia wrażenie lżejszego o kilkaset kilogramów niż w rzeczywistości. To samo zawieszenie pneumatyczne, które przed chwilą wybierało nierówności z subtelnością baletnicy, teraz zabiera się do pracy jak zręczny atleta. Właśnie to jest największym zaskoczeniem podczas pierwszych kilometrów pokonywanych na drodze innej niż miejskie arterie. Nieziemski komfort, znakomite wykończenie, nawet pierwszorzędne osiągi – wszystkich tych cech możesz się spodziewać po kanciastym Angliku nawet przed odpaleniem silnika. Mało kto jednak wymaga, by brytyjscy inżynierowie pamiętali też o bardziej wymagającym kierowcy. Takim, dla którego przyjemnością jest sam proces prowadzenia samochodu. Wspomniana masa i rozmiary nie sprzyjają dynamicznemu pokonywaniu serpentyn, ale nawet w takich momentach wiesz, jak samochód zareaguje i czego możesz się po nim spodziewać.

Częściowo z przekory decyduję się sprawdzić Range’a podczas nieco (a chwilami dużo) szybszych manewrów. Tu prawa fizyki powinny podciąć gliniane nogi kolosa, którego środek ciężkości zadziała jak coś na kształt odwróconego wahadła. Znów pudło. Wszystko za sprawą systemu Dynamic Response, dzięki któremu automatycznie redukowane przechyły nadwozia nigdy nie są prawdziwym problemem. Nawet takie sytuacje, jak spóźniony wjazd na “ślimaka” czy wyprzedzanie i powrót na swój pas przy trzycyfrowych prędkościach nie burzą spokoju twojego ani twoich pasażerów. Wszystko to nie przeszkodziło w zachowaniu tradycyjnych  – jeśli najdzie cię taka ochota, w terenie Range wciąż poradzi sobie lepiej niż przemożna większość konkurencji.

G for Gigantic

Może nie do końca… To, co z zewnątrz przypomina rozmiarem jeżdżący apartament, wewnątrz powinno oferować przestrzeń godną małego salonu. Jest tak tylko częściowo. Dzięki dużej szerokości kabiny i hojnej regulacji foteli osoby z przodu nie mają powodów do zmartwień. Z tyłu jednak nie jest tak wesoło. Kiepsko wyprofilowane oparcia przednich siedzeń mogą obijać wyższym pasażerom kolana, a ogólna ilość miejsca ustępuje nawet niektórym mniejszym limuzynom. Range za to kontruje ogromnym bagażnikiem, na którego 900 litrów pojemności nikt nie będzie kręcić nosem. Kufer wyposażono też w przyciski elektrycznie składające tylne, i nawet przedni fotel. Oszczędzisz więc kilka kroków podczas pakowania samochodu na kolejny wyjazd w Alpy.

E for Eco… what???

Wybacz, ale nie istnieje przymiotnik na tę literę oznaczający “porażająco drogi”… Najpierw cena zakupu: testowany egzemplarz z tylko kilkoma dodatkami to prawie 800 000 złotych. Jeśli już przełkniesz cenę początkową, przygotuj się na kolejny, nie mniej ościsty kęs. W kwestii spalania zgodnie z angielskim przysłowiem limitem jest samo niebo – albo też dno ponad stulitrowego baku… To właśnie wydaje się potencjalnym problemem dla właściciela, nawet jeśli kilkaset złotych nie wypala jeszcze dziury w jego wypchanym portfelu. Silnik 5.0 V8 w połączeniu z masą samochodu sprawia, że na lokalnej stacji benzynowej będziesz gościł częściej niż w domu. Podobnie na tej przy pracy, supermarkecie i domach najbliższych znajomych…

Kiedyś myślałem, że SUV-y to bezpłciowe samochody. W zasadzie wciąż tak myślę. Teraz jednak wiem, że są wśród nich równie absurdalne co pociągające wyjątki. Taki jest Range Rover 5.0 V8 Autobiography. Zwykły śmiertelnik nawet nie powinien rozważać, czy kupiłby ten samochód w takiej wersji. Więc nie myśl. Jeśli jednak kochasz samochody i chcesz sobie poprawić humor, powinno Ci wystarczyć, że ten samochód w ogóle istnieje. Właśnie w takiej wersji.

Podziękowania za fantastyczną sesję dla Drive 4 Fashion