Niektóre najpiękniejsze na świecie torty, niekiedy zdają się być delikatnymi oszustami. Robią smak obserwatorom i mydlana bańka błogości pęka, kiedy do ust weźmiesz pierwszy kęs.

Spokojnie. To tylko ilustracja, bo Clio Grandtour GT nie jest co prawda perfekcyjnym autem, ale nie można mu zarzucić braku mnóstwa zalet, z wyglądem – oczywiście, na czele. Kto z was bowiem powiedziałby, że samochód ze zdjęć jest nudny, monotonny, banalny (tu wpiszcie cokolwiek co jeszcze kojarzy się wam z Hyundaiem i20)? Otóż to – to jeden z fenomenów Clio generalnie, bez względu na wersję. To obecnie jeden z najładniejszych kompaktów, a pakiet GT Line tylko czyni jeszcze więcej dobra. Do nadwozia kombi w autach segmentu B nie mogę przyzwyczaić się już od lat, wszak nierzadko za podobną różnicę cenową, można kupić już po prostu większy model. W tym wypadku jestem podobnego zdania, choć muszę przyznać, że nieustannie stylistyka jest tu mocną stroną francuskiego kombi.

O różnicach względem standardowego Clio pisał nie będę – te widoczne są już na pierwszy rzut oka, przejdźmy zatem do wnętrza. Tu zmian też jest kilka, choć są to raczej smaczki. Zacznijmy od foteli, które podobnie jak w przypadku testowanego kilka miesięcy temu Megane GT (choć to zupełnie inne siedzenia) – są znakomite. Francuzi potrafią świetnie łączyć wygląd, komfort i sportowe cechy. Podobnie jak na zewnątrz, również w środku przewija się niebieski motyw – na wspomnianych fotelach, kierownicy o grubszym wieńcu i wypustkach na kciuki, nawiewach, czy też hamulcu ręcznym i dźwigni zmiany biegów. Poza tym, nieustannie mamy do czynienia z szeregiem cech tradycyjnego Clio, a więc jest dość intuicyjnie i (w mojej opinii rzecz jasna) bardziej przyjaźnie niż w większych Megane czy Talismanie i dotyczy to również najświeższego Clio po ostatnich modernizacjach, którego test w wersji GT Line zobaczycie u nas już wkrótce.

Downsizing. Powoli na szczęście coraz mniej grymasimy na słuch o tym haśle, ba! Coraz rzadziej je słyszymy, choć temat powoli powraca, bo okazuje się, że obniżanie pojemności skokowej w zasadzie nie miało służyć niczemu więcej niż spełnianiu podkręcanych i coraz bardziej rygorystycznych europejskich norm. To jednak wątek na osobną historię, wszak podporządkować się niej musiał każdy. Podobnie było z Renault, które ostatnio słynie z niezwykle wydajnych i ekonomicznych jednostek benzynowych TCe. Taka właśnie znalazła się pod maską testowanego Clio. 120-konny wariant jest najmocniejszym silnikiem nie licząc generującego niemal dwa razy więcej mocy R.S., którym jeździć będziemy w maju. Na pokładzie niewielkiego auta spisuje się zaskakująco dobrze – jest dynamiczny, choć nie męczy. Co prawda trzeba przyzwyczaić się do skrzyni biegów, która pracuje niekiedy w zaskakujący sposób (mowa chociażby o ospałej reakcji na gaz przy ruszaniu z postoju). Przydałyby się również łopatki do manualnego sterowania przekładnią. Nieco lepiej robi się po wciśnięciu guzika R.S. Drive i wybraniu trybu Sport, choć podobnie jak w przypadku „pełnoprawnego” R.S. – tęsknię za rasowym manualem!

Clio Grandtour nie będzie raczej wybierane przez rodziny. I tu dochodzimy właśnie do istotnego punktu klienta docelowego. Na ulicy nie widać zbyt wielu egzemplarzu Clio w tym nadwoziu, choć sprawa ma się podobnie z konkurecją (Peugeot po słabej sprzedaży 206 SW i 207 SW zarzucił ten schemat działań koncentrując się na crossoverach). Odmiana GT Line ma jednak szereg cech, które pozytywnie wpływają na odbiór małego kombi. Podobnie jest zresztą w przypadku hatchbacka, choć w kilku rynkowych przypadkach sprawa wygląda tak, że nadwozie kombi prezentuje się korzystniej niż tradycyjne nadwozie pięciodrzwiowe (przykład chociażby Volkswagena Golfa R).

A ceny? Tu wchodzimy już na linię podwajania bazowych kwot, choć chyba nikogo to nie dziwi. Wersja kombi, bardziej sportowa odmiana, najmocniejszy silnik, automatyczna przekładnia plus kilka opcji (w testowanym aucie m.in. system multimedialny z nagłośnieniem BOSE, specjalny lakier, pakiet parking z czujnikami dookoła i kamerą cofania, przyciemniane szyby, podgrzewane fotele przednie) – to musi kosztować. I kosztuje, bo taki samochód to już wydatek niespełna 90 000 zł, czyli wchodzimy powoli w zaawansowany segment C. Cóż – często wskazuję tę cechę, ale po prostu indywidualność musi kosztować, a w przypadku Clio Grandtour GT Line aż tak ten wybór nie boli. Spójrzcie tylko na niego.